< Powrót
19
marca 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
arch. Barbary Grabarz
Grabarz
Barbara Grabarz.

Znani i nieznani: Barbara Grabarz

Przewodnicząca Prezydium Pomorskiego Okręgowego Kolegium Sędziów, sędzia Polskiego Związku Żeglarskiego klasy państwowej z licencją nr 27. Równocześnie doświadczona żeglarka i jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w pomorskim środowisku regatowym. Barbara Grabarz opowiada nam o swojej pasji i pracy.

– Jak zaczęła się pani żeglarska przygoda?

– Moja historia nie zaczęła się w szkółce żeglarskiej na Optimiście. Byłam już dorosła i rozpoczynałam pracę zawodową w Hydrosterze w Gdańsku, kiedy po raz pierwszy trafiłam do klubu żeglarskiego. Był to Yacht Klub Stoczni Północnej w Gdańsku – dziś po prostu Yacht Klub Północny. Namówił mnie na to kolega z pracy.

– Czyli o tym, że została pani żeglarką zdecydował w pewnym sensie przypadek?

– Tak w życiu często bywa. Z drugiej strony, pewnie nie zostałabym żeglarką, gdyby mnie to nie fascynowało. Nie pochodzę z Trójmiasta, przyjechałam tu na studia z mojej rodzinnej Trzcianki w roku 1969, ale od najmłodszych lat fascynowała mnie woda. Marzyłam o tym, że kiedyś będę miała okazje popływać na jachcie. Często spędzałam wakacje u cioci w Gdyni i zawsze żal mi było stąd wyjeżdżać, chciałam zamieszkać nad morzem, no i udało się.

– Jak wyglądały pani klubowe, żeglarskie początki? 

– W tamtych czasach życie klubowe wyglądało inaczej niż dziś. Sporo się działo, choć jachtów było mniej. Nie były to prywatne jachty, więc żeby pływać na jednostkach klubowych trzeba było sobie na to zapracować. „Wyrabialiśmy godziny” przy remontach i konserwacji jachtów. No i zdobywaliśmy kolejne stopnie żeglarskie, od żeglarza, po sternika morskiego. A jeśli chodzi o regaty, to zdarzały się takie zawody na Zatoce Gdańskiej, w których ścigało się nawet 70 jednostek. Brałam udział w regatach jako załogantka, a z czasem coraz bardziej zaczęło mnie interesować sędziowanie. To było bardzo ciekawe i nowe. Podpatrywałam pracę kolegów i koleżanek sędziów. Przychodziłam do nich „na staż” podczas regat, w których sama nie startowałam, aż wciągnęłam się w to na tyle mocno, że zdecydowałam się poświęcić temu niemal cały swój wolny czas. Po kilku latach przymiarek i stażowania, no i po odpowiednim przeszkoleniu, zdobyłam w 1988 roku drugą klasę sędziowską. Mogłam już samodzielnie sędziować regaty okręgowe, a podczas imprez wyższej rangi zasiadałam w komisjach sędziowskich. Były to głównie regaty morskie.

– A potem zdobywała pani kolejne sędziowskie szlify…

– Tak. Trochę to trwało, bo w tamtych latach nie było tak wielu regat, a obowiązywały wysokie wymagania w szkoleniu sędziowskim i trzeba było mieć spory staż w sędziowaniu różnych imprez. Ostatecznie, w roku 1991, byłam już sędzią klasy pierwszej. Później zaczęło się mozolne zdobywanie doświadczenia niezbędnego przy egzaminie na klasę państwową. Sędziowałam już nie tylko regaty morskie, ale i inne. Od okręgowych, do międzynarodowych. W tym regaty klas olimpijskich. Sporo czasu spędzałam w Pucku i w Górkach Zachodnich.

– Intensywna praca sędziowska uniemożliwia chyba pani żeglowanie?

– Zdecydowanie! Na własne żeglowanie mam niewiele czasu. Od lat kalendarz regatowy mam tak zapchany, że z trudem udaje się wykroić jakiś tydzień czy dwa bez sędziowania. Za to wcześniej sporo żeglowałam. Opłynęłam cały basen Morza Bałtyckiego, pływałam na Morzu Północnym i po Adriatyku.

– Jak udawało się pani łączyć pracę zawodową z sędziowaniem?

– To nie było takie proste, przypominam, że kiedyś pracowało się także w soboty, do godziny 13. Na weekendowe regaty trzeba było brać urlop, albo dogadywać się z szefem. Ja miałam o tyle łatwiej, że po Hydrosterze przeszłam do pracy w zespole informatyków w Ruchu. Pracowałam w terenie i jeździłam po całym województwie. Łatwiej mogłam sobie poukładać grafik, tak żeby pogodzić jedno z drugim. Dziś jestem już na emeryturze, więc nie mam z tym problemów. Mogę spokojnie zajmować się tym, co lubię.

– Jak się sędziowało w latach 80., a jak sędziuje się dzisiaj? Czy zauważa pani duże różnice w swojej pracy porównując współczesność i przeszłość?

– Wprawdzie co cztery lata przepisy trochę się zmieniają, ale wielkich różnic w tym obszarze nie widzę. Trzeba po prostu aktualizować swoją wiedzę i wykonywać pracę w zgodzie z aktualnymi przepisami. Zmiany są zresztą coraz mniej „rewolucyjne”. Natomiast z pewnością dziś sędziuje się dużo wygodniej niż kiedyś. Dysponujemy lepszym sprzętem, są pontony, motorówki, statki sędziowskie. Kiedyś był jeden statek, „Demon” i wszyscy uznawali, że to królewska jednostka. Moim zdaniem on wcale nie był najlepszy, źle trzymał się na fali, bardzo nim rzucało. Ale cóż, kiedyś każdy marzył żeby na nim sędziować. A używany był tylko do dużych ogólnopolskich lub międzynarodowych imprez.

– Ma pani jakieś ulubione regaty, które sędziuje pani najchętniej?

– Tak, bardzo lubię sędziować regaty Optimistów. Lubię pracę z dziećmi i dzieci też mnie lubią. Nie mam z nimi większych problemów na linii startu – są odpowiedzialne, a na lądzie chętnie ze mną rozmawiają. Pytają o sprawy związane z zawodami, z sędziowaniem. Poza tym, w ostatnim czasie chętnie sędziuję regaty windsurefrów i kitesurferów, klas ścigających się na foilach. Po prostu staram się być na bieżąco, poznawać nowe klasy, które się rozwijają.

– Skoro sędziując nie ma pani zbyt wiele czasu na żeglowanie, może ma pani jakieś żeglarskie marzenie, które czaka na realizację?

– Cóż, sporo już widziałam, byłam w wielu miejscach i nie mam ambicji na miarę rejsu dookoła świata. Nie mam też konkretnych marzeń związanych z żeglowaniem, ale z pewnością chętnie wybrałabym się w rejs po Morzu Śródziemnym na jakimś luksusowym jachcie. Niekoniecznie w roli załogantki, żeby mieć sporo czasu na wypoczynek. To powinien być rejs z krótkimi odcinkami, tak żeby jak najwięcej czasu spędzać w portach, cieszyć się słońcem i zwiedzać wybrzeże.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ