< Powrót
21
stycznia 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Robert Hajduk
Burczyński
Michał Burczyński.

Znani i nieznani: Michał Burczyński

Jego pierwszym trenerem był ojciec. Z czasem uczeń przerósł mistrza i dziś Michał Burczyński jest zawodnikiem światowej czołówki klasy DN. Wielokrotnie sięgał po najwyższe laury w swojej dyscyplinie.

– Jak zostałeś zawodnikiem klasy DN?

– Urodziłem się w Olsztynie, gdzie żeglarstwo jest tradycyjnym sportem. Mój tata był pierwszym szkoleniowcem dla mnie i dla braci, Pawła i Łukasza. Oni zaczynali na Optimistach, ja poszedłem w ich ślady. Żeglowałem też na Cadetach. Trenowałem wtedy w klubie UKS Juvenia Olsztyn. Bojery, na których zacząłem latać jako jedenastolatek, były dyscypliną uzupełniającą. Od razu ścigałem się w klasie DN. Wtedy jeszcze klasa Ice Optimist nie była popularna. Koledzy latali na mini DN lub na tak zwanych szufladach. To były wówczas klasy przygotowawcze.

– Bojery wzięły górę nad jachtami.

– Tak, z czasem to właśnie bojery stały mi się najbliższe. Zresztą prawie wszyscy moi koledzy zimą przesiadali się na bojery. W tamtych czasach, na początku lat 90., zimą nie jeździliśmy na zgrupowania do ciepłych krajów, podróżowanie nie było tak ogólnie dostępne jak dziś. Na Mazurach jeziora zamarzały, a my ścigaliśmy się na bojerach.

– Jak wspominasz pierwsze starty?

– Początki nie były łatwe. Bojer najwydajniej leci wiatrem pozornym, jak już się rozpędzi. Żeglowanie baksztagów to dla mnie była wyższa matematyka. Pamiętam, jak na pierwszych zawodach wspólnie z kolegą rozpędzaliśmy bojer starając się polecieć tym samym kursem co mój kuzyn, który już wtedy świetnie radził sobie z baksztagami. Nie byliśmy w stanie go rozpędzić. Nie wpadliśmy na to, że on przedtem napędził się na powietrze, żeby uzyskać tę prędkość. Początkującym bojerowcom właśnie baksztagi sprawiają najwięcej trudności.

– Później przyszły sukcesy.

– Nie tak szybko. To była połowa lat 90. Przez dwa, trzy lat trenowałem z grupą dzieci pod okiem Waldka Leśkiewicza na sprzęcie klubowym, tata był jeszcze zawodnikiem skoncentrowanym na sobie. I jako czynny zawodnik trochę mnie sobie odpuścił. Pewnie widział we mnie potencjał, ale postanowił mnie przekierować na inną ścieżkę. Uznał, że warto, żebym oswoił się z grupą klubową. Dopiero, kiedy miałem 14, 15 lat, kiedy z tej grupy pojawiło się wsparcie, sukcesy zaczęły się pojawiać.

– Pamiętasz ten pierwszy, ważny medal?

– Pierwszy poważny sukces to brązowy medal mistrzostw świata w roku 1999 zdobyty w Kanadzie. Miałem 18 lat i zostałem wtedy najmłodszym medalistą mistrzostw. Do Kanady polecieliśmy z Karolem Jabłońskim, Stanisławem Maculem i z moim tatą – Piotrem Burczyńskim. Zrobiłem niespodziankę i z całej czwórki to ja zapunktowałem najwyżej. Później startowałem już zawsze w imprezach rangi mistrzowskiej. Były i sukcesy, i porażki. Trzy razy zdobyłem mistrzostwo świata. To największy sportowy sukces. A i innych medali mam bardzo dużo.

– Potem przeniosłeś się na wybrzeże…

– Tak. Do Trójmiasta przyjechałem na studia. I zostałem. Jestem tu już 20 lat. Mieszkam w Gdyni, mam firmę handlowo-usługową, układam parkiety. To jest bardzo absorbujące. Z bojerów nigdy nie zrezygnowałem, bo przeprowadzka z Olsztyna nie stanowiła przeszkody dla sportu. Kiedy mieszkałem w Olsztynie i tak każdej zimy jeździliśmy w poszukiwaniu najlepszego lodu. Olsztyn wcale nie ułatwiał sprawy, bo tam jeziora są małe, nie nadają się na poważne regaty bojerowe. Jeździliśmy głębiej na Mazury, na Zalew Zegrzyński, na Zalew Wiślany.

– Czy poza bojerami masz teraz czas na inne dyscypliny sportowe, choćby latem?

– Latem każdą wolną chwilę, kiedy wieje odpowiedni wiatr, poświęcam windsurfingowi, także na foilu. Latam też na kajcie. Ale to są dla mnie sporty rekreacyjne. Nie traktuję ich wyczynowo.

– Wywodzisz się z „bojerowej” rodziny. Dziś twoi najbliżsi również uprawiają ten sport?

– Oczywiście! Moja narzeczona, Zuzanna Rybicka, uprawia bojery. Także mój brat Paweł i jego córka. Jakby tak dobrze policzyć, moglibyśmy rozegrać małe, rodzinne regaty.

– Osiągnąłeś w bojerach bardzo wiele, o czym marzy tak utytułowany zawodnik jak ty?

– Jako sportowiec osiągnąłem całkiem sporo, ale mam marzenie nie związane ze swoimi sukcesami. Marzy mi się, by do Polski wróciły prawdziwe zimy. Pamiętam fajne czasy, w których od połowy grudnia do połowy marca jeździliśmy po Polsce i startowaliśmy w kolejnych regatach. Wtedy nasze bojery były żywą dyscypliną, jednej zimy rozgrywaliśmy 12 do 15 regat. Dwa lata temu mieliśmy jakieś pięć imprez w kraju i mistrzostwa świata. To trochę mało. Efektem jest malejąca liczba młodych zawodników. Mam nadzieję, że to się zmieni.

Michał Burczyński (AZS UWM Olsztyn) – ur. 1981
Trzykrotny  mistrz świata w klasie DN (2006, 2010, 2019 r.) – był najmłodszym w historii bojerowym mistrzem świata. Wielokrotny mistrz Europy. W 2017 roku zdobył tytuły wicemistrza Europy i Polski. W 2010 został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ