< Powrót
25
marca 2021
Tekst:
Dariusz Olejniczak
Zdjęcie:
Robert Hajduk
Zofia Truchanowicz
Zofia Truchanowicz.

Znani i nieznani: Zofia Truchanowicz

Jako jedyna kobieta i Polka znalazła się w gronie sędziów tegorocznego Pucharu Ameryki. Dziś Zofia Truchanowicz opowiada nam o pracy podczas tych regat i o sobie.

– Jak to się stało, że znalazła się pani w gronie sędziów Pucharu Ameryki?

– Praca przy tej rangi regatach to zawsze kwestia nominacji. Do regat olimpijskich, czy na inne, mniejszej rangi, ale organizowane pod auspicjami World Sailing, zostajemy powoływani. Natomiast w Pucharze Ameryki procedura jest taka, że challenger – wyzywający i defender – obrońca pucharu, wybierają najlepszego arbitra głównego i później ta osoba, w porozumieniu z nimi i z World Sailing, powołuje pozostałych arbitrów. Pod uwagę brane są posiadane kwalifikacje i umiejętności. Tu nie ma ludzi przypadkowych. Każdy sędzia ma za sobą wiele lat doświadczeń na różnych regatach i daliśmy się już wcześniej poznać z dobrej strony. Jesteśmy obserwowani i nasze nazwiska są wskazywane ekipom startującym w Pucharze oraz głównemu arbitrowi.

– Na czym polegała pani praca?

– Nasz team składał się z pięciu osób pochodzących z różnych krajów. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy. Pierwsza grupa to dwójka arbitrów pracująca na brzegu w tzw. boot, czyli w kontenerze wyposażonym w najwyższej jakości sprzęt – komputery i oprogramowanie dostarczające bardzo precyzyjnych danych o aktualnym położeniu jachtów i zależności między nimi. Dzięki temu sędziowie są w stanie co do centymetra ustalić pozycję każdego jachtu. Dwójka kolejnych arbitrów, w tym ja, pracowaliśmy na wodzie. Mieliśmy do dyspozycji dwie motorówki, a naszym zadaniem było przekazywanie informacji, których nie było widać na ekranach komputerów, czyli na przykład jak są wykonywane manewry. Na wodzie był także spotter, który odpowiadał za kwestie bezpieczeństwa. Kontrolował nasze położenie względem innych jednostek znajdujących się na wodzi, na przykład z katamaranem telewizyjnym.

– Udział w tak prestiżowym wydarzeniu łączy się z emocjami, to nie utrudnia pracy sędziego?

– Pracy przy takich regatach emocje towarzyszą zawsze. Dla mnie było ważne, że pełniłam swoją funkcję na wodzie. Widziałam, co się dziej w rzeczywistości, a nie tylko za pośrednictwem ekranu komputerowego. Miałam możliwość obserwowania wspaniałych jachtów i najwyższej klasy zawodników. Równocześnie jednak, emocje nie mogły przesłonić mojego podstawowego zadania, czyli arbitrażu.

– Co zrobiło na pani największe wrażenie?

– Wrażenie robiło już samo to, że połowa świata pogrążona była w walce z pandemią i w lockdownie, a Nowa Zelandia jest zieloną wyspą na tej mapie. Zdarzyły się wprawdzie dwa małe lockdowny, bo wykryto dwa pojedyncze przypadki zakażenia koronawirusem, ale to było naprawdę krótkotrwałe i niezbyt uciążliwe. Mogliśmy normalnie funkcjonować, oglądać tłumy kibiców, byliśmy częścią tej społeczności, mieliśmy pełną swobodę. To robiło wrażenie.

– Co było najtrudniejszym, a co najłatwiejszym czynnikiem związanym z pracą sędziego?

– Puchar Ameryki to ogromne przedsięwzięcie finansowe i medialne, wyróżnia się spośród innych profesjonalnych regat. Widać, że to impreza „media friendly” i „spectator friendly” – przyjazna mediom i widzom, bo wszystkim zależy na przyciągnięciu kibiców przed ekrany telewizyjne i monitory komputerów. Dlatego współpraca między wszystkimi działami organizacyjnymi przebiegała na najwyższym poziomie. Nie mogło być inaczej, bo wokół regat były tysiące ludzi obserwujących, co się dzieje na trasie. Każdy wiedział, co do niego należy, z jaka sprawą do kogo trzeba się zwracać. My, sędziowie, ściśle współpracowaliśmy z mediami. Udzielaliśmy codziennie wielu wywiadów, przekazywaliśmy informacje, które „szły” dalej w formie krótkich filmików, prowadzone były relacje na żywo. Podstawowe założenie było takie, że należy ułatwić odbiorcy zrozumienie tego, co się dzieje na wodzie oraz tego, dlaczego sędziowie podejmują takie, a nie inne decyzje. Z jakich przepisów to wynika. To był jeden z wielu elementów tego ogromnego przedsięwzięcia finansowego i logistycznego przy dużym udziale „zasobów ludzkich”. Ostatecznie współpraca całego tego zespołu na poszczególnych etapach przebiegała gładko. Zdarzały się oczywiście drobne potyczki, ale to jest nie do uniknięcia. Uważam, że naprawdę było w porządku. Byłam w grupie ludzi, z którą przyjemnie się współpracowało. Udział w czymś takim, to naprawdę fajne doświadczenie. A wracając do emocji, powiem jeszcze, że prawdziwe emocje związane z tym, że jesteśmy częścią tego wielkiego wydarzenia, tego Pucharu, udzielały się nam dopiero, kiedy po zakończonym dniu pracy oglądaliśmy relację telewizyjną.

– W Pucharze Ameryki media rządzą?

– W pewnym stopniu tak, ale duch rywalizacji jest najważniejszy. Wiadomo, że jak nie będzie mediów, to odbiorcy, a co za tym idzie, nie będzie sponsorów. Bez sponsorów nie będzie regat. Puchar Ameryki jest w o tyle dobrej sytuacji, że ma długą, sięgająca XIX wieku tradycję. To daje spory komfort, bo event sam się sprzedaje. Forma regat i jachty, które teraz w nich uczestniczyły, to szansa na powrót do przyjaznego dla oka match racingu, bo jak pan pamięta w czasie wyścigu między trimaranem „Oracle”, a katamaranem „Alinghi”, tuż po starcie nie było już na co patrzeć. Nie było nawet nuty współzawodnictwa. Teraz łodzie AC75 mają olbrzymi potencjał. Z kolei zawodnicy już deklarują, że chcą startować w kolejnej edycji Pucharu, jeśli te jachty zostaną. To bardzo dobrze rokuje na przyszłość i będzie stanowić dodatkowy atut Pucharu. Będzie współzawodnictwo, którego wcześniej brakowało.

– Pamięta pani jakiś najtrudniejszy i najlepszy moment tych regat?

– Najtrudniejszego momentu, takiego, który wspominałabym źle i niechętnie, nie było. Myślę, że wynikało to między innymi z tego, że grupa arbitrów, w której pracowałam to byli ludzie, którzy się już dobrze znali. Pracowaliśmy przy innych regatach i dobrze czuliśmy się w swoim gronie. Znaliśmy swoje mocne i słabe strony, a wszyscy razem stanowiliśmy silny zespół. Utrudnieniem na pewno było to, że bardzo późno poznaliśmy startujące w regatach jachty, z drugiej strony mieliśmy sporo czasu żeby nadrobić zaległości. To, co stanowiło naprawdę wyzwanie, to konieczność utrzymania stałej „gotowości sędziowskiej”. Były okresy, w których nie mogliśmy schodzić na wodę, bo nie były prowadzone oficjalne treningi. Nasza praca ograniczała się do działań na symulatorze, czy do analizy przepisów. A jeśli chodzi o to, co najprzyjemniejsze, to oczywiście sam udział w Pucharze był bardzo fajny. Natomiast, kiedy wracaliśmy po ostatnim wyścigu, jak patrzyliśmy na te tłumy wiwatujących Nowozelandczyków, to choć było trochę smutno, że to już koniec, to czułam wdzięczność za to, że tak mi się dobrze w życiu poukładało, że mogłam uczestniczyć w taki wydarzeniu, że byłam jego częścią.

– Skąd się w pani życiu wzięło żeglarstwo i sędziowanie?

– Z powiązań rodzinnych. Mój tata, Tadeusz Truchanowicz, przez całe życie jest związany z żeglarstwem. Najpierw jako zawodnik, potem trener żeglarstwa, m.in. w klasie 470. Był z kadrą na igrzyskach w Tallinie, w roku 1980. Potem trenował klasę Europa, a z czasem wrócił do Olsztyna, gdzie mieszkaliśmy. Tam trenował klasy Laser i Laser Radial, potem wrócił do Opitmista i szukał młodych talentów. Zależało mu, abym i ja trenowała żeglarstwo.

– No i udało się.

– Owszem, ale nie było to takie łatwe. Ja od szóstego roku życia trenowałam pływanie, byłam dwa razy dziennie na basenie. Tata zachęcał mnie do spróbowania treningów na Optimiście. A ja zażyczyłam sobie, żeby to była łódka pomalowana na niebiesko z białymi gwiazdkami. No i tata przez całą zimę malował te gwiazdki i szlifował kadłub. A wtedy Optimisty były drewniane. Trochę pożeglowałam i zażyczyłam sobie innego koloru. Tata znowu zabrał się do pracy. I tak, dzięki uporowi mojego taty, minęły dwa sezony na Optimiście. Wtedy stwierdziłam, że żeglarstwo jest całkiem fajnym sportem. Pomyślałam, że coś z tego żeglowania rozumiem. Dostałam nawet od klubu plastikowego Optmista. Potem była klasa Cadet. Z powodu ograniczeń budżetowych zrezygnowałam ze ścigania się w klasach olimpijskich i przesiadłam się na klasę 730 i pływałam w jedynej żeńskiej załodze tej klasy.

– Jak to się stało, że z zawodniczki dość szybko została pani sędzią?

– Sędziowaniem zainteresowałam się dość wcześnie. W wieku 18 lat rozpoczęłam staże sędziowskie, a w wieku 22 lat byłam już sędzią międzynarodowym jako najmłodsza na świecie. Sędziowanie, arbitraż, to był sposób na pozostanie w żeglarstwie w sytuacji, w której nie było mnie stać na rozwój kariery żeglarskiej.

– Ale ma pani na swoim koncie karierę wyczynową…

– Równocześnie z sędziowaniem zaczęłam się równocześnie zajmować match racingiem. Kasia Tylińska była moją sterniczką i później, dzięki niej, trafiłam do nowo utworzonej sekcji żeglarskiej przy Marynarce Wojennej. Dołączyłam do Kasi, Macka Grabowskiego, Marcina Czajkowskiego i Piotrka Przybylskiego. Był to zespół osób z zewnątrz, powołanych do wojska, by reprezentować Marynarkę na regatach międzynarodowych. To była moja największa żeglarska przygoda. Przez 4,5 roku trenowałam i startowałam w gronie doświadczonych zawodników. Mogłam się od nich wiele nauczyć, poza tym miałam okazję startować na różnych klasach – w match racingu i w regatach flotowych, na J 24, J 80, nawet w klasie 470. Kiedy dostałam pracę w Harkenie, w Warszawie, mając na koncie medal wojskowej mistrzyni świata, to było w pewnej mierze ukoronowanie mojej kariery sportowej. Uważam, że w ten sposób zrekompensowałam sobie sportowy niedosyt z przeszłości. Równocześnie, przez ten cały okres zdobywałam doświadczenie sędziowskie.

– Jakie cechy zadecydowały o tym, że szybko stała się pani docenianym sędzią?

– Wyróżniało mnie to, że zaczęłam się tym zajmować dość wcześnie, byłam ambitna i chętna do nauki. Ciężko pracowałam i to wyróżniało mnie podczas regat. Miałam też sporo szczęścia, że trafiłam na sędziów ze „starej gwardii”. Od nich mogłam wiele się nauczyć. No a jak ktoś się wyróżnia, to zostaje zauważony i bywa rekomendowany organizatorom regat przez tych, którzy mają możliwość udzielania takich rekomendacji.

– I wreszcie trafiła pani na igrzyska olimpijskie…

– W 2008 roku miałam 26 lat i sędziowałam po raz pierwszy igrzyska olimpijskie na akwenie w Qingdao, potem był Londyn i wreszcie Rio de Janeiro. Potem zajęłam się arbitrażem, czyli sędziowaniem w match racingu, zrezygnowałam z pracy przy igrzyskach, bo uznałam, że tam zrobiłam już swoje. Zajęłam się pracą w ligach profesjonalnych – m.in. Sail Grand Prix, World Match Racing Tour, regaty katamaranów Extreme 40.

– Ostatecznie zrezygnowała pani ze związków z igrzyskami?

– Moja praca z klasami olimpijskimi ogranicza się teraz do pracy z kadrą i doradztwem w zakresie przepisów regatowych. Przekazuję im swoją wiedzę i podpowiadam, jak mogą wykorzystać ją dla polepszenia taktyki regatowej. To mój wkład w ich rozwój. W tym obszarze jest sporo do zrobienia i daje mi to wiele satysfakcji.

– Czy zdarzało się pani żeglować rekreacyjnie, bez rywalizacji z innymi załogami?

– Niestety, nie miałam w ogóle okazji do tego typu żeglowania. No, może poza wakacjami w dzieciństwie, kiedy z rodzicami wypływaliśmy w tygodniowe rejsy po Mazurach. Ale niewiele z tego pamiętam. Mam w sobie ducha rywalizacji. To wzięło się nie tylko z pływania czy żeglarstwa. Zawsze lubiłam współzawodnictwo. Kiedy wchodziłam w dany sport, odzywał się we mnie duch wojownika. Ciężko mi odpoczywać nic nie robiąc. Kiedy wsiadam na łódkę, od razu szukam sposobu na to, by płynąć szybciej, żeby poszukać sobie jakiegoś celu. Być może żeglarstwo rekreacyjne jest przyjemne, ale dla mnie żeglarstwo to współzawodnictwo.

– Jakie regaty chciałby pani jeszcze sędziować?

– Mogę uczciwie powiedzieć, że po tym Pucharze Ameryki czuję się spełniona jeśli chodzi o sędziowanie. Zawsze marzyłam o Pucharze i to marzenie się spełniło. Teraz, kiedy już miałam możliwość sędziowania tych regat, pojawiła się ochota, by zrobić to jeszcze raz. Fajnie byłoby wrócić do tego i widzieć potencjał tych jachtów i rosnący poziom współzawodnictwa. Ważne żeby się rozwijać, nie spoczywać na laurach, doskonalić umiejętności, bo droga do perfekcji jest bardzo długa.

– Nie myślała pani o tym, że fajnie byłoby znaleźć się w załodze biorącej udział w Pucharze Ameryki?

– Niby nie ma rzeczy niemożliwych, ale wiem, że w przypadku takich profesjonalnych regat, to uczestniczący w nich żeglarze mogą mnie co najwyżej wsadzić na pokład i pokazać co z czym się je, żebym się mogła przepłynąć. Znam swoje miejsce w szeregu. To, że jestem dobrym sędzia, nie znaczy, że byłabym dobrą zawodniczką. Nie twierdzę, że kobieta nie poradziłaby sobie, ale wysiłek fizyczny w czasie wyścigu jest ogromny. W tym roku był jeden pucharowy wyścig, po którym wszyscy grinderzy Nowozelandczyków wymiotowali z wysiłku. Nie można porywać się z motyką na słońce.

– Nie wróci pani do sportowej rywalizacji?

– Cały czas mam sportowy, regatowy niedosyt. Myślę jednak, że tak już pozostanie, bo z wiekiem coraz trudniej wdrożyć się w ściganie, ale jestem wdzięczna, że miałam możliwość przez kilka lat ścigać się w wojskowej załodze i zdobywałam z nią medale. Nie wykluczam, że przy tak licznych udanych inicjatywach jak choćby Polska Liga Żeglarska, uda się pościgać w załodze. Tym bardziej, że w tym przypadku nie trzeba mieć własnej łódki. Jest rywalizacja, są emocje, a wiek nie stanowi ograniczenia. Mam nadzieję, że się uda.

Zofia Truchanowicz – ur. w 1982 r. w Olsztynie. Sędzia World Sailing kl. Międzynarodowej /M-IJ, M-IU/ nr licencji 400. Zasiada w Kolegium Sędziów PZŻ. Z wykształcenia magister politologii ze specjalizacją marketnig polityczny. Ukończyła szkolenie MBA w zakresie zarządzania sportem.

PODZIEL SIĘ OPINIĄ