< Powrót
6
listopada 2015
Tekst:
dol
Zdjęcie:
archiwum wyprawy

Ratowanie „Polonusa” – relacja z Antarktydy

W grudniu 2014 r. jacht „Polonus” płynący śladami Ernesta Shackletona wysztrandował u brzegów Antarktydy. Rejs był hołdem dla irlandzkiego pioniera w setną rocznicę jego wyprawy na południowy kraniec globu. Teraz trwa akcja sprowadzenia jednostki do Polski, a ekipa ratująca „Polonusa”, której dowodzi właściciel jachtu, Sebastian Sobaczyński, przesłała relację z Wyspy Króla Jerzego.

Data: 4 listopada 2015 r. 
Godzina: 19.05 LT
Miejsce: Szetlandy Południowe, Wyspa Króla Jerzego, Baza PAN im. Henryka Arctowskiego, mały żółty domek.

Dziś skończyłem wcześniej pracę w myśl zasady przeczytanej na lustrze w łazience w hali agregatów (patrz zdjęcie) i postanowiłem napisać krótkie podsumowanie czwartego dnia pobytu w bazie Arctowskiego .

A może nie tylko… Warto też jeszcze kilka słów o drodze statkiem i rozładunku kilku/kilkunastu tysięcy paczek na ląd.

Te parę dni spędzonych na statku wobec braku konkretnych zajęć spowodowały, iż mózgi zaczęły pracować na wysokich obrotach.  Głównie z uwagi na fakt, iż poza konsumpcją, jak i również rozwojem intelektualnym w postaci rozmów, czytania książek oraz oglądaniem filmów, nie były skoncentrowane na niczym innym. Mówię o mnie, ponieważ np. Tomek był na zajęciach fitness. Dokładnie to robił zdjęcia – ale jakby nie było znając go, pewnie też jakieś ciężary przerzucał. Reszta z nas, w tym i ja, oddawała się kontemplacjom, tudzież innym przyjemnościom. Basia jako jedyna płynąca statkiem z Gdyni była całkowicie zintegrowana z załogą „Polar Pioneera”. Warunki mieliśmy dobre i choroba morska dopadła co poniektórych tylko na samym starcie. Pogoda znakomita aż do Cieśniny Dreake’a gdzie przywitał nas pak lodowy. Prędkość statku znacznie zredukowano i powoli niczym lodołamacz brnęliśmy poprzez kolejne kry lodowe.

Po dotarciu do Zatoki Admiralicji rozpoczęliśmy rozładunek. Od chwili wpłynięcia do zejścia na bazę minęło 48 godzin, a w międzyczasie rozładunek na Lions Rump oraz, z uwagi na złe warunki pogodowe, jedna przespana noc. Wieczorem w sobotę wspólna kolacja, niedziela jako dzień „wolny”.

„Polonusa” jak do tej pory widzieliśmy ze statku, więc wspólnie z Basią, Januszem, Marcinem i Tomkiem w ten „wolny” dzień postanowiliśmy zrobić sobie, co oczywiste, wycieczkę na jacht. Po około 20 minutach przekopywania się przez zaspy śnieżne, mając do dyspozycji czasami tylko kamienie – przybyliśmy.

W tym właśnie momencie uświadomiłem sobie chyba na czym stoję. Puściły emocje, a z oczu poleciały wielkie jak groch łzy. Ucałowałem mu dzióbek, poklepałem od Piotrka po zadku. Z zewnątrz wyglądał tak jak go pozostawiliśmy. Środek pozostawał tajemnicą.

Bałem się cholernie tam wejść. Miałem wizję „powstawianych” podłóg, smrodu ropy i pleśni, ale… Tam było całkiem znośnie. Oczywiście do zrobienia był mały klar, ale tragedii nie zastaliśmy.

Tak więc na pierwszy rzut – sprzątamy, wykręcamy osprzęt silnika do reanimacji i na razie to wszystko na co w tych warunkach możemy sobie pozwolić. Możemy też zacząć budować łoże, a raczej jego elementy, co czynią Janusz z Marcinem. Basia z Tomkiem ogarnia wnętrze, a ja rozpracowuję utopione w wodzie elementy osprzętu i przywracam im kolejne życie.

I tak zleciało te parę dni. Jak tylko jestem na jachcie, rozmawiamy z Poldkiem. Oby nikt tego nie nagrał, bo wyjdzie monolog, który tylko ja będę potrafił zrozumieć. Pompa wody reanimowana, jutro czas na alternatory. W międzyczasie jeszcze przeładunek naszych paczek do magazynu nr 2 .

Pracownicy i załoga wyprawy pomagają jak mogą. Dziękujemy!